30 czerwca 2008

z Helsinek

W sobotę wróciłem z kilkudniowego służbowego wyjazdu na konferencję w Helsinkach. Trzeba więc napisać parę słów refleksji z pobytu w Finlandii.
Końcówka czerwca to bardzo dobra pora na pobyt w tych rejonach ze względu na pogodę i na wydłużony dzień na tej szerokości geograficznej. Zachód słońca jest między 23.00 a 0.00 ale praktycznie całą noc nie jest ciemno - nazywamy to zjawisko "białymi nocami" (ang. midnight days). W zasadzie to nic spektakularnego się w tym czasie nie dzieje. Jednak czasami człowiek czuje się dziwnie idąc sobie przez miasto po 22.00, a tutaj widno jak u nas o 17.00.
Wyjazd ten zmienił też mój stereotypowy wizerunek Fina, jako człowieka chłodnego i z rezerwą. Ogólnie Helsinki po południu tętnią życiem i pełno jest tutaj młodych ludzi. Nie ma problemu w porozumiewaniu się po angielsku. Wszyscy tutaj znają ten język bardzo dobrze i bardzo chętnie pomagają zagubionemu turyście ;). Język angielski zna tutaj także szatniarz czy bramkarz w klubie i chętnie wytłumaczy i pokaże drogę do innego lokalu gdzie jest telewizor i można obejrzeć mecz (to było w czasie meczy półfinałowych Euro2008). U nas ta grupa ludzi jest jakby z innej planety i czasem trudno jest się z nimi dogadać w rodzimym języku.
Koszt piwa w klubie to ok. 4,50 - 6,00 EUR (dosyć drogo ale chyba Skandynawia to obszar gdzie ogólnie alkohol objęty jest jakimiś ogólnymi sankcjami nie tylko finansowymi). Chciałem kupić sobie piwo w sklepie i obejrzeć mecz spokojnie w hotelu. Okazało się, że nie można tego zrobić. Sklepy z alkoholami zamykane są chyba o 18.00 i jest to jakaś ogólna godzina, po której nie można sprzedawać alkoholu na wynos. Nawet nie robi się tego w marketach otwartych do późna (na regałach z piwami są kraty i kłódki).
Oczywiście taki kilkudniowy wyjazd nie pozwolił mi na zobaczenie wszystkich ciekawych miejsc. Próbowałem znaleźć coś charakterystycznego jedynie dla Finlandii. W porcie w hali targowej, gdzie głównie handluje się produktami spożywczymi, a zwłaszcza owocami morza znalazłem jedno stoisko z ręcznie robionymi nożami tzw. finkami. Wyglądały ciekawie ale miałem wrażenie, że wykonywane są pod turystów. Świadczyć o tym mogła cena ok. 150 EUR za średniej wielkości finkę. Figurki Muminków, które spotkałem w sklepach również wyglądały dosyć szablonowo. To raczej masowa produkcja turystycznych pamiątkowych maskotek. [zdaje się że jeden z bohaterów tej bajki nazywał się Włóczykij - mógłby więc zostać nieoficjalną maskotką tego bloga ;)]
Tak, więc zakończyłem pobyt bez charakterystycznej fińskiej pamiątki. Pozostały jedynie wspomnienia miejsc i kilka fotek zrobionych telefonem komórkowym.
Może jeszcze powróci się kiedyś do tego skandynawskiego kraju.
Przemknął mi przez głowę pomysł wyprawy rowerowej przez Skandynawię. Pewna znajoma wspomniała mi kiedyś o leśnych chatkach, które są dostępne turystom za darmo. Sprawdziłem tę informację, to prawda ale o tym w następnym wpisie.

1 komentarz:

Tony S. pisze...

O przepraszam, to jednak nazywa się tak samo: white night lub midnight sun
http://en.wikipedia.org/wiki/Midnight_sun